Ostatnimi czasy w telewizji rośnie popularność tzw. kina nowej przygody. To powrót do klasyki klimatu filmów, takich jak „Indiana Jones” czy „Goonies”. Coraz liczniejsze produkcje, ze świetnym „Stranger Things” na czele, czerpią pełnymi garściami z historii przepełnionych epizodycznymi wątkami fabularnymi, walką z wrogiem, niepokonanymi i wyidealizowanymi bohaterami, ale też misjami ratowania świata przed wielkim niebezpieczeństwem. A co z książkami? Widzicie, jestem wielkim fanem fantastyki, i czytając „Czerwień Humeru”, pomyślałem, że mam do czynienia z protoplastą nowego gatunku – fantastyki nowej przygody.

fantasy-1701148_960_720

„Czerwień…” to książka fabularnie zbliżona chyba najbardziej do „Achai” Andrzeja Ziemiańskiego. Oto mamy świat kilku krain, państw-miast i jednego imperium, siejącego postrach wśród swoich sąsiadów. W pewnym momencie jedno z przybocznych miast-państw zaczyna knuć intrygę mającą zakończyć przewagę militarną imperium i wyzwolić się z opresyjnych danin składanych protektorom, licząc jednocześnie na wzbudzenie w sąsiadach ducha niepodległościowego i wyrwanie się spod panowania politycznego gigatna. A cała ta historia opowiedziana jest z perspektywy zwykłych, albo i niezwykłych żołnierzy. Jeśli czytaliście „Achaję”, to na pewno zauważyliście już podobieństwo. Czy jest to zatem książka skierowana głównie do fanów twórczości Ziemiańskiego, a przez resztę traktowana niczym trochę lepszy fanfik? Niekoniecznie. Różnica między tymi powieściami, a zarazem najważniejsza cecha charakteryzująca „Humer”, to właśnie jego nawiązanie do narracyjnej formuły kina nowej przygody.

Mamy wyrazistego bohatera – żołnierza, który niczym legendarny heros obdarzony został nieskazitelnymi cechami, takimi jak: siła, zręczność, spryt, męskość i zadziorny charakter, a przede wszystkim – prawość. Autor tak bardzo chce pokazać nam, że protagonista jest chodzącym ideałem, iż czyni go wyznawcą ideologii-religii o nazwie Droga Prawena! U boku celowo sztampowego herosa powinna pojawić się wybranka jego serca. W „Czerwieni Humeru” tak się właśnie dzieje. Istotne jednak, że owa wybranka przechodzi w powieści przemianę od silnej i pewnej siebie kobiety do uległej i słabej emocjonalnie niewiasty w opałach. Jakby przez obecność zakochanego w niej idealnego mężczyzny poczuła bezsilność i bezsens swojego istnienia.

Przygody tej dwójki, epizodyczne, ale prowadzące do głównego wątku politycznego oparte są na coraz to większych wyzwaniach i groźniejszych przeciwnościach losu. Jednak mimo widma wojny i z pozoru niepewnej przyszłości bohaterów, czujemy że się im uda i… cieszymy się z tego. Tak samo jak cieszymy się z każdego idealnego zagrania Indiany Jonesa.

I to jest coś, co osobiście traktuję jak największą naukę wyciągniętą z czytania tej lektury. Okazuje się, że czasem nie potrzeba zawiłych osobowości, czy skomplikowanych relacji, żeby móc cieszyć się książką. Powiem nawet więcej – w erze „Gry o Tron” i jej podobnych klonów, które silą się na zaskakiwanie czytelnika nagłym uśmiercaniem postaci albo pozornie nieoczekiwanymi twistami, taka historia z nieskalanym bohaterem, który niczym Conan przedziera się przez kolejne zastępy wroga (nawiązanie do Conana też nieprzypadkowe, bo główny bohater „Czerwieni Humeru” jest barbarzyńcą) była dla mnie miłym wytchnieniem i po prostu dobrą rozrywką.

Ujmując to jeszcze inaczej, można by powiedzieć, że jak kino nowej przygody stawiało na prostą, nawet nieco infantylną opowieść o poszukiwaczu przygód, tak i „Czerwień…”. Daje relaks płynący z lektury i wywołuje uśmiech na twarzy zawsze, ilekroć czytamy o kolejnych walkach, czarach i kończynach ucinanych w chwale bohaterstwa. Marzenie każdego chłopaka z dzieciństwa.

Natomiast, oprócz samej historii istnieje też jeszcze jeden aspekt książki, o którym nie da się nie wspomnieć. Jest to prawdziwa gratka i najmocniejsza część powieści, czyli jej wydanie elektroniczne. I to tutaj dzieje się prawdziwa magia fantastyki. Przedmioty i artefakty, na przykład niemal niezniszczalne zbroje elit rycerskich, są zilustrowane interaktywnym obrazkiem, tłumaczącym nam gdzie i jaki element się znajduje. Uzbrojenie, mapy, przedstawienie taktyki walk i wiele innych składowych ukazano za pomocą niesamowitych dodatków, które ubogacają świat Humeru. Dla mnie, jako fana nowych technologii, taka książka w wersji 2.0 jest czymś naprawdę niesamowitym.

„Czerwień Humeru” to zatem pozycja dla lubiących niewymagającą rozrywkę i rozwałkę. Męstwo, prawość i bohaterstwo, które może i nie jest zbyt wyszukane, ale jakże nieczęste w dzisiejszej przeintelektualizowanej fantastyce. Polecam dla każdego fana nowej przygody, a jeśli dodatkowo, tak jak ja, lubicie wszelakie gadżety i aplikacje wykorzystujące technologię i pozwalające na interakcję z tekstem, to wręcz nakazuję sięgnąć po „Czerwień Humeru”, bo jej wersja elektroniczna to będzie dla Was MUST HAVE!

recenzja powieści „Czerwień Humeru”

Grzegorz Olifirowicz

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s